Nancy (Lotaryngia, Francja) lipiec 2011 – część druga

DSCF0235.jpgCzego najszybciej nauczyłam się od Francuzów? Uśmiechać się do wszystkich i radośnie mówić „bon jour”, „bonne journée” i „au revoir”. Dlaczego? Bo każdy tak robił. Kiedy rankiem wychodziliśmy z akademika, czasem spotykaliśmy przed wejściem stadko sprzątaczek, robiących sobie przerwę na papierosa. Na nasz widok rozstępowały się i ćwierkały (nie „mówiły”, nie „burczały”, nie „mamrotały pod nosem” tylko dosłownie ćwierkały) „bon jour” jeszcze zanim zdążyliśmy otworzyć usta. Na wejściu do autobusu czy tramwaju kierowca witał każdego pasażera z uśmiechem. Takie zachowanie było dla nich po prostu naturalne. Nie czuć było od nich znudzenia czy niecierpliwości. Na wszystko mieli czas, nawet na uprzejmości. Tak było wszędzie: w sklepach spożywczych, aptekach, restauracjach czy sklepach z pamiątkami.

Kiedy ustawiałam się do jednego ze zdjęć, podszedł do mnie zupełnie obcy mężczyzna, którego w Polsce mogłabym zaliczyć do kategorii menela. Mając w pamięci natrętnych polskich żebraków, nie rozumiejąc ani słowa z tego, co do mnie mówił, spojrzałam z przerażeniem na chłopaka. Miałam ochotę wziąć nogi za pas i znaleźć się z dala od nieznajomego. Co się okazało – pan, widząc dwójkę zakochanych, pomyślał, że zamiast robić sobie pojedyncze fotki, lepiej żebyśmy zapozowali wspólnie. Zaoferował, że zrobi nam zdjęcie. Moja pierwsza myśl – chce nam ukraść aparat! Tymczasem on cyknął nam kilka fotek, a później prosił, żebyśmy na nie spojrzeli i czy nam się podobają. Następnie oddalił się z uśmiechem, zanim do mnie dotarło, co właściwie przed chwilą miało miejsce.

Tacy byli tam ludzie. Życzliwi, uśmiechnięci, mili, uczynni i bezinteresowni. Kiedy już minął pierwszy szok, poczułam się tam przytulnie. Nie byłam dla nich intruzem, nie przeszkadzała im moja obecność ani to, że wcale ich nie rozumiem. Będąc tam, byłam jedną z nich.

Kto mnie zna wie, że jestem uzależniona od przestrzegania przepisów. Nie lubię robić rzeczy, które w jakikolwiek sposób byłyby złamaniem prawa. Tak, przechodzę na przejściach dla pieszych, na zielonym świetle i nie przekraczam prędkości. Więc propozycję kupienia butelki wina i wypicie jej w parku było dla mnie nie do przyjęcia. Spożywanie alkoholu w miejscu publicznym? Na to na pewno nie dam się namówić!

Okazało się, że inni właśnie tak robią. I nikt nie ma z tym problemu. Nikt nikogo nie zaczepia, nie wszczyna awantur. W powietrze nie wzbijają się przekleństwa. Nie ma śpiewów i zataczających się ludzi. Ludzie w parku piją alkohol dla towarzystwa, dla smaku, z pełną kulturą. Nie było też policji, zaczajonej w krzakach, czekającej na śmiałków, którzy otrzymają od nich mandat. Więc i my usadowiliśmy się na trawie w parku, z winem i bagietką. Musiałam w końcu wrzucić trochę na luz.

Tego dnia po raz pierwszy zobaczyłam Pepiniera. Park, jak to park. Zielony, z alejkami, biegaczami i zwykłymi odwiedzającymi. Z zegarem z kwiatów. Niektórzy spacerowali, inni siedzieli na trawie lub na ławeczkach. Wokół nie biegały niedopilnowane psy, wszystko było idealnie utrzymane, zadbane. Po trawnikach nie walały się śmieci, nie trzeba było uważać na „miny” pośród trawy. Tam sprzątanie po czworonogach było czymś równie naturalnym, jak spuszczanie wody w toalecie (no ok, są ludzie, którym i to sprawia trudność, ale zostawmy to bez komentarza).

Później ruszyliśmy na spacer alejkami. Okazało się, że w sercu parku funkcjonuje mini zoo. A tam pawie, kozy, małpki i inne zwierzęta, które małe dzieci – i nie tylko – chętnie oglądały. I to zupełnie za darmo. Po raz kolejny byłam zaskoczona. Nikt nie próbował zarobić na odwiedzających? Przecież takie miejsca są rajem dla dzieci, a na nich najłatwiej zarobić. Czyli jednak da się inaczej.

Z parku można było przejść bezpośrednio do rosarium. Przyjemne miejsce dla zakochanych. Były tam alejki wzdłuż których rosły krzewy róż, ławeczki z pergolami i dwie fontanny: duża oraz maleńka w kształcie globusa, z której ciurkała woda. Miejsce mnie zauroczyło. Chciało się tam po prostu być i chwytać chwile. Można było zapomnieć o wszystkich kłopotach i rozkoszować się zapachem róż i szumem wiatru w koronach pobliskich drzew.

Wracając z parku, zatrzymaliśmy się na przejściu dla pieszych na czerwonym świetle. Po pierwsze dlatego, że tak trzeba. Czerwone światło znaczy „stój”. Tłuczono mi to do głowy od dziecka. Po drugie – na ulicy stał samochód z zapalonym silnikiem, który w każdej chwili mógł ruszyć (miał zielone światło).  Po trzecie – obok niego stał policjant. Więc to chyba naturalne, że nie chciałam przejść na drugą stronę?

IMG_0806

I wtedy stało się coś, co wywróciło mój światopogląd do góry nogami. Policjant podszedł do nas – serce podeszło mi do gardła – i zapytał, dlaczego stoimy. Tak jakby to nie było oczywiste! Mieliśmy czerwone światło!

Okazało się, że czerwone światło we Francji znaczy coś innego niż w Polsce. Tam mówi „idź, ale uważaj, żeby samochód, który ma zielone światło cię nie przejechał”. Więc przeszliśmy. Na czerwonym świetle, pogonieni przez pana policjanta. Od tamtej pory, we Francji (i chciałabym podkreślić, że tylko tam!) zamiast czekać na zielone światło, tylko się upewniam, że wchodząc na przejście nie zostanę potrącona.

DSCF0192Następnego dnia mój chłopak musiał pójść załatwić coś na uczelni. Poszliśmy razem. Przy okazji mogłam zobaczyć trochę inną część miasta. Bardziej nowoczesną i typowo mieszkaniową. To, co zwróciło moją uwagę, to kierowcy. Brakowało miejsca parkingowego? Żaden problem. Kierowcy wrzucali awaryjne światła i szli do sklepu. A samochód tak stał na środku drogi i nikomu to nie przeszkadzało. Ktoś pomylił drogę i wjechał w ulicę jednokierunkową? Nic specjalnego. Wystarczy włączyć awaryjne, zawrócić i dalej jechać do celu (tak! pod prąd!). Nie wiem, co na to przepisy o ruchu drogowym, ale takie zachowanie było akceptowane przez społeczeństwo. Nikt nie trąbił. Nikt nie krzyczał i nie wymachiwał rękami ze złością.

DSCF0225 2

DSCF0209Uniwersytet Université Nancy I Henri – Poincaré znajduje się na wzniesieniu w sąsiedztwie biurowców. Sam budynek nie wyróżnia się niczym szczególnym. Weszliśmy na piętro i chłopak zaproponował mi, żebym poszła razem z nim do jego profesora. Uznałam, że nie ma takiej potrzeby – nie czułam się na siłach, by rozmawiać z kimś nawet po angielsku, więc postanowiłam, że zostanę na klatce schodowej. Drzwi, za którymi zniknął mój chłopak, były na kartę magnetyczną. Miałam ze sobą książkę, odtwarzacz mp3 i chciałam tak przeczekać, siedząc na schodach. Na mojej uczelni często tak robiłam w przerwie między zajęciami. Nikt nigdy nie miał z tym problemu. Tym razem wszystko szło po mojej myśli do momentu, aż pojawił się jeden ze studentów – Azjata. Kiedy mnie zauważył, powiedział coś po francusku. Odpowiedziałam po angielsku, że nie rozumiem, że nie znam francuskiego. Więc płynnie przeszedł na angielski. Zapytał, czy zapomniałam karty magnetycznej. Zaprzeczyłam, wyjaśniłam, że czekam na chłopaka. On był uparty, proponował, żebym weszła, żebym nie czekała na klatce schodowej. Mój angielski nie był najlepszy i jedyne co mi przyszło do głowy to wydukanie, że ja naprawdę nie chcę wchodzić do środka i że lubię te schody. Tak. Powiedziałam, że lubię schody. Chodziło mi o to, że lubię siedzieć na schodach i po prostu mi to nie przeszkadza, że wygodnie mi tak czytać książkę, a wyszło, jak wyszło. Plus był taki, że odpuścił. Całe szczęście. Strach pomyśleć, co jeszcze „mądrego” mogłabym powiedzieć.  Teraz już wiem, że siedzenie sobie na schodach na uczelni w Nancy nie jest zbyt popularne.

Na szczęście nikt więcej tamtędy nie przechodził. A kolejnym razem, gdy mój chłopak musiał porozmawiać z profesorem, weszłam razem z nim i usiadłam z boku, jak cywilizowany człowiek, na krześle.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: