#recenzja | „Za zamkniętymi drzwiami” B.A. Paris

Po co udawać, że prowadzi się idealne życie? By wzbudzić zazdrość, szacunek, podziw? Może aby wmówić to samemu sobie? Wiele razy powtarzane kłamstwo podobno w końcu staje się prawdą. Jest to też sposób, by ukryć przed światem brutalną rzeczywistość. Przecież nikt nie będzie doszukiwał się podstępu widząc szczęśliwych ludzi zamkniętych w swojej idealnej mydlanej bańce. W jaki sposób dostrzec problem schowany za tak dokładnie przygotowaną iluzją?
Głównymi bohaterami książki są Jack i Grace. Młode małżeństwo. Dla otoczenia są przykładem doskonałej pary, dwójką zakochanych o niezliczonej ilości talentów. Mieszkają w wymarzonym domu, w którym wkrótce pojawi się również siostra kobiety – Millie. Dziewczynka ma zespół downa, co, mimo upływu lat, nadal stanowi ogromny problem dla jej rodziców, którzy nie potrafią jej takiej zaakceptować i pokochać jej. W przeciwieństwie do jej siostry, która jest w stanie zrobić dla niej wszystko.
Sam tytuł („Za zamkniętymi drzwiami”), okraszony dodatkowo komentarzem na okładce („Perfekcyjna para? Doskonałe małżeństwo? Czy idealne kłamstwo”) sugeruje, czego czytelnik ma się spodziewać. I rzeczywiście – idealne przyjęcie, od którego rozpoczyna się opowieść, od razu budzi podejrzenia. Po pierwsze, co oczywiste, z powodu tak bezpośredniej sugestii, po drugie sceny są tak przerysowane, że aż nierealne. Czytelnik zaczyna więc snuć domysły, co dzieje się za tytułowymi zamkniętymi drzwiami.
I na tym etapie wpadłam w zasadzkę zastawioną przez autorkę (choć nie wiem czy celową) – do domu bohaterów wprowadziłam historie zasłyszane w prawdziwym życiu. Zamiast Grace widziałam jakąś rzeczywistą kobietę, bitą przez męża. To z kolei wywołało u mnie tak silne emocje, że zamiast czerpać przyjemność z czytania, brnęłam przez kolejne strony, by jak najszybciej dotrzeć do zakończenia i uwolnić bohaterkę z rąk potwora. Zdaję sobie sprawę, jak bardzo było to naiwne i pozbawione jakiegokolwiek sensu. Znam pojęcie fikcji literackiej, przecież sama piszę. A jednak zbłądziłam.
Na szczęście na starcie się pomyliłam. Autorka wcale nie wykreowała małżeństwa, w którym mąż bije żonę – to by było zbyt oczywiste! Zamiast tego znajdujemy rewelacyjny obraz psychopaty z pełnym profilem psychologicznym i makabryczną przeszłością. Jest to okraszone okrutnym planem na życie, zapakowane w nienaganne pudełko. Kiedy poznałam, jaki faktycznie dramat krył się „za zamkniętymi drzwiami”, odetchnęłam z ulgą, bo wróciłam do fikcji literackiej. Całość straciła dla mnie na realności (choć zdaję sobie sprawę z tego, że prawdziwe życie może pisać jeszcze gorsze scenariusze) i nie uważam tego za minus, wręcz przeciwnie!
To, co mnie zachwyciło to kreacja Millie, czyli siostry Grace. Jej choroba nie jest tutaj tematem tabu, a wręcz przeciwnie – ukazana jest w taki sposób, że czytelnik akceptuje wszystkie jej przywary, uważa je za coś zwyczajnego. Millie budzi ogromną sympatię, udowadnia, że w swej inności jest piękną osobą. Jej wątek jest obudowany rodzinnym dramatem (matka nie spodziewała się, że zajdzie w ciążę, a urodzenie dziecka z takim genetycznym obciążeniem ją przerosło) i wsparty silną siostrzaną miłością. Myślę, że dla tych, którzy nie mieli do czynienia z osobami z zespołem downa, to dobra lekcja o tolerancji i akceptacji. Chociaż dla potrzeb historii rola Millie była zupełnie inna.
Jestem pod wrażeniem narracji, uchwyconej z dwóch perspektyw – teraz i kiedyś. Kolejne rozdziały (i jednocześnie zmiana czasu teraźniejszego na przeszły i odwrotnie) nie rozpraszają uwagi, czytelnik bez trudu porusza się w fabule. Opisy są wyważone – wystarczające, by wprowadzić wszystkie szczegóły i pozostawiające furtkę, by czytelnik mógł dopasować całość do własnych potrzeb. Książka nie nudzi, czyta się ją szybko i trudno się oderwać.
Zakończenie mnie zachwyciło. Byłam pod ogromnym wrażeniem, gdy książkę odkładałam na półkę. Wszystko mi do siebie pasowało, to trzeba przyznać autorce – ciągi przyczynowo skutkowe są zbudowane doskonale. I nagle zamajaczyło mi w głowie „ale”. Dlaczego? Bo zaczęłam za bardzo analizować całą historię. Pojawił się niedosyt. Okazało się, że po tych wszystkich emocjach, które wypłynęły w pierwszej części, oczekiwałam spektakularnego końca. I choć doszukałam się sprawiedliwości, czegoś zabrakło.
Przez kilka dni męczyła mnie niemożność określenia tego, co właściwie mi nie pasowało w zakończeniu. Nareszcie potrafię to nazwać. Z jednej strony znajduje się słaby punkt, który mógłby obrócić w pył misternie zaplanowaną wersję zdarzeń (chętnie wdam się w dyskusję o tym, może ktoś mnie przekona, że jest inaczej), z drugiej to brak nadziei dla tysięcy kobiet uwięzionych w toksycznych związkach (najwyraźniej na to liczyłam). Niemniej, zakończenie jest naprawdę dobre, tyle że ja liczyłam na idealne.
Podsumowując, książka jest świetna, potrafi sponiewierać czytelnika. I przyznaję, to było całkiem ciekawe doznanie!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s