Opowiadanie „W drodze” Martyny Dziugieł

– Bredzisz! – wrzasnęła kobieta, odwracając się i wychodząc.

– Bredzę? – Mężczyzna utkwił wzrok w przed
chwilą zamkniętych drzwiach. – Bredzę?

Był pierwszy dzień jesieni. Słońce wisiało wysoko na niebie, oświetlając pożółkłe liście. Część z nich już dawno spadła, przysparzając kłopotu służbom porządkowym. Noce wydłużały się. Ludzie ubierali się coraz grubiej. Temperatura drastycznie się obniżyła, wiatr stawał się uciążliwy. Zwykle o tej porze można było jeszcze wyjść odzianym jedynie w sweter, jednak tego roku pogoda postanowiła spłatać figla. Termometr wskazywał dziesięć stopni.

Mężczyzna wstał i poszedł na górę w na-
dziei, że właśnie tam udała się jego żona. Nie znalazłszy jej, przebrał się. Chwycił stojący na stoliku telefon i wykręcił numer. Gdzieś
w pobliżu odezwała się melodia z Titanica. Nie odkładając słuchawki, podszedł do szafy i wyciągnął z brązowego płaszcza komórkę. „DOM” wyświetlało się na ekranie. Mężczyzna wzru-
szył ramionami i odrzuciwszy rozmowę, zszedł na dół.

– Bredzisz – powtórzył cicho. – Wcale nie bredzę. To w tobie tkwi problem. To ty mi nie chcesz uwierzyć.

Podszedł do lodówki i wyciągnął z niej piwo. Otworzył i nalał do szklanki. Wypił w milczeniu, wsłuchując się w płynącą z radia melodię.

– Zbliża się godzina pierwsza – powiedział spiker. – Zaraz wiadomości, a po nich godzina dla was. Piosenki na życzenie. Zadedykujcie ulubiony utwór ukochanej osobie i dołóżcie pozdrowienia. Do najlepszych dołączymy upominek. I to wszystko już za dziesięć minut.
A tymczasem zapraszamy do wysłuchania Celine Dion.

Pierwsze takty „My heart will go on” dotarły do uszu mężczyzny. Zaklął i wyciągnął kabel
z gniazdka radio. Dopił piwo, ubrał wiszący
w przedpokoju płaszcz i wyszedł. Nie zamknął drzwi. Nie przejmował się, że ktoś może wejść i wynieść na przykład telewizor. Miał na głowie poważniejszy problem. Nie wiedział, co zrobić ze swoim życiem.

A wszystko przez małą dziewczynkę.

***

Wracał wtedy z pracy. Po wyjściu z przedsiębiorstwa wsiadł do samochodu i ruszył. Przejechał kilka przecznic i na przejściu dla pieszych ujrzał małą dziewczynkę. Miała krótko ścięte czarne włosy i dres. Gdy się zatrzymał pomachała do niego i uśmiechnęła się. Odpowie-
dział jej tym samym i nucąc pod nosem płynącą z radia melodię ruszył dalej. Dojechał do
skrzyżowania. Światło zmieniło się na czerwone. Nacisnął hamulec i czekał. Przez ulicę przeszła ta sama dziewczynka, znów machając i uśmiechając się. Dopiero po chwili dotarło do niego to, co zobaczył. Odprowadził ją wzrokiem.

Usłyszał klakson. Zielone światło zdążyło się już zapalić. Zaparkował pod pobliskim blokiem i wysiadł. Wziął kilka głębokich oddechów. Zastanowił się. Nie mógł spotkać dwa razy tej samej dziewczynki. Nawet jeśli widział bliźniaczki, prawdopodobieństwo takiego zdarzenia było niewielkie.

– Dzień dobry! – Usłyszał. Odwrócił głowę. Przerażony cofnął się, wpadając na drzwi swojego Lanosa. Przed nim stała szeroko uśmiech-
nięta, ubrana w dres, krótko ostrzyżona dziewczynka. Chwyciła go za rękę. – Niech się pan nie boi. Chcę, żeby pan coś zobaczył. Nie potrwa to długo.

Milczał, patrząc dziecku w oczy. Ich zieleń była nienaturalnie głęboka.

– Proszę zamknąć samochód i pójść za mną. Niech się pan o nic nie martwi. Nic złego się nie stanie.

W pierwszej chwili chciał ulec, ale potrzą-
snął głową i wyswobodził dłoń.

– Nie wiem kim jesteś i czego chcesz, ale spieszę się do domu. Daj mi dziecko spokój. Zjawiasz się niewiadomo skąd i myślisz, że tak jak w filmie zaprowadzisz mnie gdzieś, pokażesz przyszłość i każesz coś zrobić. Znajdź
innego naiwniaka. Ja wracam do domu. Nie wiem jak zrobiłaś tę sztuczkę na ulicy, ale jest naprawdę niezła. Tyle mogę ci powiedzieć,
a teraz przepraszam bardzo, wracam do domu.

Już miał wsiąść, kiedy dziewczynka odezwała się ponownie – To nie film i nie sen. Proszę pójść za mną. Chyba ma pan marzenia i chce je pan spełnić, prawda? W dzieciństwie marzył pan o kocie, później o komputerze,
o żonie. A teraz? Po kolei dostawał pan to, czego pan pragnął. Jednak dziś, gdyby ktoś zadał panu pytanie, o czym pan marzy, co by pan odpowiedział?

Zamyślił się. Pytanie okazało się trudne. Od zawsze o czymś marzył, ale zdobył wszystko. Jednak musiało coś tkwić głęboko w jego sercu. Coś, co zostało przyćmione przez rodzinę i pracę. Coś, co nadawałoby jego życiu nowy sens. Czegoś, dzięki czemu świat nabrałby nowych kolorów.

Potrząsnął głową.

– Bzdura – powiedział i odwrócił wzrok. Nie stał już pod blokiem obok swojego Daewoo. Pojawił się w ciasnej uliczce zamkniętej po jednej stronie murem, po drugiej zaś ciężarówką. Zwrócił głowę w kierunku, gdzie, jak sądził, powinna stać dziewczynka. Nie było jej. Nie miał pojęcia gdzie i jak się znalazł. Od tygodnia nie miał w ustach alkoholu. Nie był więc pijany.

– Żarty sobie robisz głupia smarkulo! – zawołał, odwracając się i rozglądając. – To wcale nie jest śmieszne! Nie wiem, co ze mną zrobiłaś, ale masz mnie natychmiast zaprowadzić do samochodu! Słyszysz?

Odpowiedziało mu brzęczenie muchy, warkot silnika, szczekanie dobiegające z oddali
i muzyka płynąca z radia. Kilka razy głośno zaklął i ruszył w stronę zaparkowanej ciężarówki. Wewnątrz nie było nikogo. Z trudem przecisnął się między pojazdem a ścianą budynku, zastanawiając się, jak kierowca mógł stamtąd wysiąść. Zatrzymał się na wprost zatłoczonej ulicy. Wszyscy dokądś spieszyli. Rozejrzał się w poszukiwaniu tabliczki z nazwą ulicy bądź miasta. Nie miał pojęcia, gdzie jest.

Nie znalazł niczego, co choćby trochę pomogłoby mu określić, co to za miejsce.

Ruszył przed siebie, mając nadzieję, że natrafi na jakąś wskazówkę. I tak nie miał nic lepszego do roboty. Mijał pełne ludzi kawiarnie, butiki z ekskluzywnymi ubraniami, pod-
rzędne knajpy, z których co chwila wychodził ktoś ledwie trzymający się na nogach oraz księgarnie z identycznymi wystawami. Nagle, koło budki telefonicznej, dostrzegł znajomą postać. Przyspieszył. Ludzi na chodniku przybyło. Wciąż kogoś potrącał, nie siląc się nawet na zwykłe „przepraszam”.

Dotarł do budki, ale dziewczynki już nie było. Otoczył go tłum i nie miał szansy dostrzec
osoby mającej mniej niż metr pięćdziesiąt.
Szedł dalej przed siebie, uważnie się rozglądając. „A nuż uda mi się ją zobaczyć”, myślał.

– Przyszedł pan! – Usłyszał za plecami rozradowany głosik. Odwrócił się, chcąc schwycić małą i siłą zmusić do pokazania drogi powrotnej, lecz nikogo tam nie zobaczył. – Ależ pan jest zabawny! – Mężczyzna zdezorientowany zaczął kręcić się w kółko. – Proszę przestać! To i tak nic nie pomoże!

Zatrzymał się. Chwycił się za włosy i wziął kilka głębokich oddechów.

– Kim jesteś i czego ode mnie chcesz? Dla-
czego mnie tu przyprowadziłaś? – wrzasnął. Ani przez chwilę nie pomyślał, że ktoś mógłby go wziąć za mówiącego do siebie wariata. Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Wszyscy przechodzili obok, jakby przywykli do tego typu scen. – Daj mi spokój i pozwól mi wrócić do domu!

– Ha, ha, ha. – Śmiech rozniósł się echem po ulicy. – Pan jest taki zabawny, gdy się pan złości. Tu niedaleko jest stare kino. Nikt już tam nie przychodzi. Proszę tam być o osiemnastej. Wy-
starczy, że pójdzie pan prosto i skręci w bramę za kantorem. Łatwo tam trafić. Wszystkie-
go się pan dowie. A tymczasem ma pan chwilę, by rozejrzeć się po mieście. Proszę pójść na kawę albo do pubu. Tylko niech się pan nie spóźni! To ważne.

Mężczyzna jeszcze chwilę stał, nie wiedząc, co robić. W końcu ruszył w stronę kina. Trafił bez trudu. Drzwi były zamknięte. Zerknął do środka przez zakurzone okno, ale nic nie zobaczył. Spojrzał na zegarek. Była szesnasta trzy-
dzieści. Zaledwie pół godziny minęło odkąd wyszedł z pracy. Zrezygnowany zawrócił i odszukał pierwszy lepszy pub. Wszedł i zamówił ciemne piwo. Barman nie był zbyt rozmowny, toteż mężczyzna zaniechał prób wypytania go, gdzie się znajduje.

Po kwadransie wyszedł z powrotem na zatłoczoną ulicę. Ruch nie zmniejszył się, tylko nasilił. Na drodze utworzył się korek. Mężczy-
zna, włożywszy ręce do kieszeni, ruszył przed siebie. Zatrzymał się przed witryną jednej
z księgarń. Miał jeszcze czas, więc wstąpił do środka.

W czasach liceum bardzo lubił czytać. Później poszedł na studia ekonomiczne, ożenił się, dostał pracę w prestiżowej firmie i jakoś nie miał już czasu na książki. Teraz poczuł, jak bardzo mu ich brakowało. Przejrzał tytuły na najbliższej z półek. Żaden nic mu nie mówił.
W ciągu dziesięciu lat wydano tak wiele nowo-
ści, że nie sposób było za nimi nadążyć.

– W czym mogę panu pomóc?

Młoda, na oko dwudziestoletnia kobieta,
uśmiechała się do niego serdecznie. Na jej kamizelce dostrzegł plakietkę z imieniem. Ewa. Ładne imię. Doskonale do niej pasowało. Zdawała się być osobą niezależną, która potrafi dopiąć swego, nakłaniając mężczyznę do grzechu. W uszach miała srebrne kolczyki w kształcie czterolistnych koniczynek.

– Na szczęście – szepnął do siebie mężczyzna, po czym zorientował się, że kobieta wciąż mu się przygląda, czekając na odpowiedź – Szukam czegoś ciekawego i wciągającego. Mu-
szę się przyznać, że od długiego czasu nic nie czytałem, a chciałbym do tego wrócić. Mogłaby mi pani coś polecić?

Kobieta uśmiechnęła się.

– To grzech porzucać książki. – Zaśmiała się. Podeszła do półki z literaturą piękną. – Zaraz panu coś znajdziemy.

Jak na spowiedzi, pomyślał i, uśmiechnąwszy się, poszedł za kobietą.

– Co pan lubił czytać? Ma pan ulubionych autorów? A może woli pan poezję?

– Za poezją nigdy nie przepadałem – przyznał – Była dla mnie zbyt ciężka i przepełniona skomplikowanymi metaforami. A co lubiłem czytać? – Zastanowił się. To było tak dawno. – Jak wielu w moim wieku zaczytywałem się
w Sienkiewiczu. Kilka razy sięgnąłem również po Kunderę, Cervantesa i Kiplinga. Podobali mi się również „Trzej Muszkieterowie” Dumas’a.

– Hmm… – Kobieta zamyśliła się, wodząc palcem po grzbietach. – To by mogło panu nie przypaść do gustu, to też… – mruczała do siebie. Przeszła do literatury obcej. – To też nie… A może… Tak. To może być to. – Wyjęła jedną
z książek. – Proszę spróbować Kerouac’a.

Mężczyzna wziął do ręki wybraną powieść. Było to „W drodze”. Nigdy wcześniej o niej nie słyszał. Spojrzał na notatkę z tyłu. „Młody pisarz Sal Paradise w towarzystwie przyjaciela, nieobliczalnego włóczęgi, rusza w szaleńczą wyprawę po Ameryce. (…)”

– Wydaje się ciekawa. Wie pani co? Wezmę ją. Zaufam pani przeczuciu.

Uśmiechnął się szeroko, kobieta odpowiedziała tym samym. Podszedł do kasy, wyjął portfel i zapłacił. Wstąpił do pobliskiej kawiarni, zamówił kawę i zaczął czytać. Wtem w radio stojącym za ladą powiedzieli, że za dziesięć minut wybije szósta.

Pospiesznie dopił kawę, schował książkę do teczki i ruszył biegiem do kina. Przeciskał się pomiędzy ludźmi w obawie, że się spóźni. Po pięciu minutach dotarł na miejsce. Nacisnął klamkę. Tym razem drzwi były otwarte. Wszedł do środka.

Pachniało pleśnią i środkiem owadobójczym. Ściany i szpary między meblami pokrywały pajęczyny, pełne długonogich, chudych pająków. Mężczyzna szedł wąskim, ledwie oświetlonym korytarzem, obwieszonym starymi plakatami. Wszędzie zalegał kurz. Kino wyglądało na opuszczone od co najmniej kilku lat.

W końcu dotarł do otwartych drzwi, za którymi paliło się światło i zza których dobiegała cicha muzyka. Przecisnął się przez szczelinę, nie chcąc robić hałasu. Niechcący potrącił łokciem drzwi, a te skrzypnęły głośno. Mężczyzna poczuł niemiły uścisk w żołądku. Zakręciło mu się w głowie. Powietrze stawało cię coraz gęstsze i chłodniejsze zarazem. Mimo to szedł dalej.

Znalazł się na niewielkiej sali. Usiadł
w pierwszym rzędzie i wsłuchał się w płynącą z głośników piosenkę. Nigdy dotąd jej nie słyszał, nie rozumiał słów. Działała na niego uspokajająco. Odprężył się i wziął głęboki oddech. Zakrztusił się.

– Jest pan bardzo punktualny. – Na fotelu obok siedziała dziewczynka. Miała na sobie ten sam dres. Mężczyzna nie wiedział, w jaki sposób pojawiła się tak nagle i bezszelestnie. – Zaraz rozpocznie się seans. Proszę oglądać uważnie. Gwarantuję, że nie będzie pan żałował.

Kiwnął głową, bo cóż innego mógł zrobić? Ekran stał się trochę jaśniejszy, światła na sali pogasły, ucichła muzyka. Zaczął się film.

Na pierwszym ujęciu mężczyzna zobaczył małego chłopca siedzącego po turecku na dywanie. Na kolanach trzymał miskę orzechów włoskich, które zajadał ze smakiem. Za jego plecami stała beżowa kanapa. Bacznie się czemuś przyglądał. Gdzieś niedaleko trzasnęły drzwi. Chłopczyk poderwał się i pobiegł do przedpokoju. Tam stała jego matka, trzymając w ramionach jakieś zawiniątko. Podskoczył kilka razy. Kobieta schyliła się i nadstawiła policzek. Dziecko ucałowało ją i cofnęło się kawałek.

– Urodziny masz co prawda dopiero za tydzień – powiedziała kobieta radosnym głosem. – Ale pomyślałam, że nic się nie stanie, jeśli dostaniesz prezent już dziś. – Wyciągnęła tobołek w stronę syna. – Proszę.

Delikatnie odpakował. Spomiędzy szmat wyjrzała głowa kota. Zapiszczał, przytulając go mocno do piersi.

– Kotek! – zawołał

Kobieta stała wyprostowana i z uśmiechem wpatrywała się w chłopca, który po chwili położył delikatnie zwierzaka na ziemi i rzucił się matce na szyję.

– Kocham cię! Jesteś najwspanialszą mamą na świecie!

Chłopiec, nieco starszy, wracał ze szkoły
z ciężkim plecakiem i workiem z trampkami. Na nogach miał kalosze. Wesoło wskakiwał do każdej napotkanej kałuży. Czasem zbierał
z trawnika kasztany. Zepsute odrzucał na bok. Doszedł do ulicy, spojrzał w lewo, w prawo, w lewo i przeszedł, podskakując. Minął kilka sklepów i wszedł do domu, stojącego za zakrętem. Minął przedpokój i poszedł prosto do swojego pokoju. Zdjął buty, kurtkę i tornister rzucił na łóżko i usiadł za biurkiem. Dopiero wówczas zobaczył, stojący tam, nowy komputer. Rozradowany pobiegł do kuchni, gdzie matka gotowała obiad, a ojciec czytał gazetę. Stanął w progu ze łzami w oczach i nie potrafił wykrztusić ani słowa. Rodzice spojrzeli na niego. Cieszyli się jego szczęściem.

Później pojawiał się już jako młodzieniec
w towarzystwie pięknej kobiety, której później, stojąc przed ołtarzem, przyrzekał miłość i wierność. Ekran pociemniał i następnie pojawiały się niewyraźne, szare obrazy.

Mężczyzna zrozumiał. Nie musiał długo myśleć, by rozpoznać poszczególne sceny. Awanse, zlecenia, rodzinne obiady, wspólne święta. Jednak wszystko przeżywane bez entuzjazmu.

Światła się zaświeciły, ekran sczerniał.

– I jak? – Dziewczynka chwyciła go za rękę. – Podobało się panu?

Mężczyzna nie zwrócił na nią uwagi. Siedział nieruchomo, wpatrując się przed siebie. To było jego życie, jego dzieciństwo, jego kot, jego komputer, jego ślub. I koniec jego marzeń. Kiedyś żył marzeniami, wierzył, że się spełnią
i potrafił się nimi cieszyć. Był cierpliwy, nie upominał się o nic i dostawał to, czego chciał. Czasem nie spał całą noc, myśląc, jakby to było, gdyby następnego dnia jego sny okazały się rzeczywistością. Pragnął i czekał. Choć czasem spotykało go niepowodzenie, nie załamywał się, ale szybko podnosił głowę i szedł dalej.

Dziewczynka uścisnęła jego dłoń.

– Zrozumiał pan.

Zamrugał.

– Co?

Tuż przed nim pojawił się starzec. Mężczyzna zawsze tak wyobrażał sobie czarodzieja. Wesołe oczy, broda sięgająca pasa, siwe włosy do ramion i długi płaszcz.

– Kiedyś spotkałem na swej drodze Szczęście – powiedział starzec jakby do siebie. – Pokazało mi świat z moich marzeń, sprawiło, że poczułem się cudownie. I wtedy porzuciło mnie. Samotnie błądziłem ulicami, szukając go. Czasem przemykało gdzieś w oddali, ale nim je dogoniłem, znikało. Szeptało, że powinienem czekać. Było mi trudno, ale spróbowałem o nim zapomnieć. Powinęła mi się noga, straciłem wszystko. Oprócz marzeń. I wtedy zrozumiałem. Ruszyłem dalej. Cierpienie było mi towarzyszem, ale pogodziłem się z tym.
I w końcu Szczęście po raz kolejny stanęło na mojej drodze. Bądź cierpliwy. Szczęście wróci w  najmniej spodziewanym momencie, jeśli nie porzucisz marzeń. Powodzenia.

Starzec skłonił się i wyszedł. Mężczyzna poczuł na całym ciele gęsią skórkę. Zrozumiał. Oparł głowę o fotel i zamknął oczy. Wziął głęboki oddech.

Kiedy je otworzył, siedział w swoim Lanosie, zaparkowanym przed blokiem.

Musiałem zasnąć, pomyślał. Spojrzał na zegarek. Wpół do piątej. Przez chwilę zastanowił się i sięgnął po teczkę. Wyjął z niej świeżo kupione wydanie „W drodze” Kerouac’a. Otworzył gdzieś na początku i przeczytał:

„Dean był zachodnim krewniakiem słońca. Mimo ostrzeżeń ciotki, że napytam sobie biedy, słyszałem nowy zew, widziałem nowy horyzont, przy czym mój młody wiek pozwalał mi w to wszystko wierzyć; a ta garść kłopotów czy nawet ostateczne odwrócenie się Deana ode mnie, które nastąpiło później, porzucenie mnie jako kumpla na głodnych ulicach i łożach boleści – czy to było ważne?  Byłem młodym pisarzem i chciałem zerwać się do lotu.

Wiedziałem, że gdzieś na tej drodze czekają mnie dziewczyny, wizje, wszystko; gdzieś na tej drodze odnajdę swoją perłę”.*

– No to w drogę – powiedział, przekręcając kluczyk w stacyjce.

– W drogę – powtórzył za nim głos małej dziewczynki.

Mężczyzna tylko się uśmiechnął i wrócił do domu.

Żona czekała na niego z obiadem.

– Wróciłeś później niż zwykle. – Nie miała do niego pretensji. To było raczej stwierdzenie faktu. – Coś się stało? Wyglądasz jakoś inaczej. Jakieś problemy?

– Zakręty w drodze do szczęścia – szepnął. – Nic się nie stało – dodał głośniej. – Był dziś większy ruch niż zwykle.

– Na pewno?

Przytaknął. Nie miał ochoty wszystkiego tłumaczyć. Żona i tak by mu nie uwierzyła. Była racjonalistką, nie uznawała snów, nie miała marzeń. Żyła z dnia na dzień, pewna jutra.

– Gdyby coś się działo, powiedziałbyś mi?

Mężczyzna spojrzał na nią zdziwiony znad talerza zupy.

– Skąd to pytanie?

Wzruszyła ramionami i zabrała się do swojej porcji. Przez resztę posiłku milczeli.

Mężczyzna pracował do późna w salonie i dopiero przed północą poszedł do łóżka. Na stoliku nocnym paliła się lampka. Jego żona siedziała przykryta po szyję, opierając się
o puchowe poduszki. Czytała. Słysząc otwierane drzwi, podniosła wzrok.

– Kupiłeś książkę.

Spojrzał na nią zmęczonymi oczami. Przytaknął. Przebrał się w piżamę i położył obok kobiety.

– Dlaczego?

Wzruszył ramionami, odwracając się na bok.

– Porozmawiamy jutro. Teraz nie mam siły.

– Już mnie nie kochasz?

Odpowiedziało jej głośne chrapnięcie. Odłożyła książkę i zgasiła światło.

Mężczyźnie przyśniła się dziewczynka. Siedziała w kawiarni przy ladzie i piła gorącą czekoladę. Słysząc poruszający się dzwonek na drzwiach, odwróciła się i pomachała. Podszedł do niej, przywitał się, zamówił kawę i zajął stolik pod oknem. Wyciągnął z teczki książkę i zaczął czytać. Po chwili pojawił się starzec. Chwycił dziewczynkę za rękę. Tuż przed drzwiami oboje odwrócili się.

– W drogę – powiedział starzec.

– W drogę – powtórzyła dziewczynka.

Wyszli.

Mężczyzna przytaknął.

– W drogę.

Obudził się nad ranem. W sypialni było jeszcze ciemno. Stojący na meblościance zegar wyświetlał  czwartą.

Ostrożnie, by nie zbudzić żony, wstał
i przemknął do kuchni. Nalał sobie soku
i usiadł za stołem. Przez okno wpadało słabe światło ulicznej latarni.

– O czym ja właściwie marzę? – zapytał sam siebie. – Kot zdechł, kiedy zacząłem liceum, stary komputer wyrzuciłem, bo był zbyt wolny, a żona… Czy daje mi szczęście? Nie mamy dzieci, widujemy się tylko przy posiłkach i razem śpimy. Prawie nie rozmawiamy. Czy o tym marzyłem?

Pokręcił głową.

Po chwili w kuchni pojawiła się jego żona z zarzuconym na plecy pledem i kapciami na stopach. Miała czerwone oczy. Płakała.

– Widzę, że coś jest nie tak. To koniec, prawda? Masz kogoś?

Mężczyzna w milczeniu podszedł do niej
i objął ją. Ukryła twarz w jego ramieniu. Drżała. Gładził ją po rozczochranych włosach. Stali tak dłuższą chwilę.

W drogę, pomyślał i cofnął się. Kobieta otarła łzy kocem.

– Przynajmniej mi wyjaśnij.

Odpowiedział jej, na koniec cytując ostatnie słowa starca. Przysłuchiwała mu się w skupieniu, od czasu do czasu pociągając nosem. Kiedy skończył, postukała się w czoło.

– Bredzisz – syknęła. – Bredzisz! Myślałam, że zasługuję na szczerą odpowiedź. W końcu byliśmy ze sobą ponad pięć lat. Ale ty pleciesz od rzeczy. Bredzisz!

Wbiegła po schodach i zamknęła się w sypialni. Mężczyzna przeszedł do salonu i tam się zdrzemnął. Obudziło go pobrzękiwanie naczyń. Wrócił do kuchni. Jego żona stała ubrana w wełniany golf i jeansy. Przygotowywała kanapki.

– Przepraszam.

Spojrzała na niego.

– Za te bzdury, które opowiadałeś w nocy?

Zaprzeczył.

– Za to, że nie jesteś ze mną szczęśliwa.

– Bredzisz! – wrzasnęła kobieta, odwracając się i wychodząc.

– Bredzę? – Mężczyzna utkwił wzrok
w przed chwilą zamkniętych drzwiach. – Bredzę?

***

Mężczyzna, tak jak we śnie, poszedł do kawiarni. Usiadł pod oknem i przyglądał się spieszącemu dokądś tłumowi. Jeszcze dzień wcześniej byłby podobny do innych. Biegłby przed siebie w poszukiwaniu kariery i fałszywego spokoju. Byłby zadowolony, ale nie szczęśliwy. Czułby pustkę, ale przyzwyczaiłby się do niej. Przestałby na nią zwracać uwagę. Teraz jednak zrozumiał. Zabrakło mu marzeń. Nagle poczuł, że pragnie wyjechać w podróż. Zobaczyć świat, który dotąd znał tylko z telewizji i kolorowych pism. Nauczyć się czegoś nowego, zgubić gdzieś w pociągu rękawiczki, kupić sobie tuzin pocztówek i niepotrzebne pamiątki, które postawi na półce i kiedyś pokaże wnukom. Zapragnął mieć dzieci. Napisać wiersz i opublikować go w podrzędnej gazecie. Zrobić coś dziwnego, co dotąd nie przyszło mu do głowy.

Chwycił filiżankę gorącej czekolady i napił się. Miała smak wolności.

– W drogę!

M.P.

*  „W Drodze” Jack Kerouac.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s