Marzenie: być z zawodu powieściopisarzem

IMG_4194.JPG

Napisać książkę. Nie zamkniętą w szufladzie, ale taką, która będzie wydrukowana, złożona, z ładną okładką. Marzyłam o tym. Minęło wiele lat, od kiedy zaczęłam walkę o własne marzenia. Tak – celowo piszę „walkę”, ponieważ nigdy nie było łatwo. Pisanie książek jeszcze kilka lat temu nie było takie popularne. Uchodziłam raczej za dziwaka, obiekt kpin, kogoś niepasującego do reszty. Choć wiem, że rodzina wspierała mnie jak mogła, oni również nie byli zbyt szczęśliwi z obranej przeze mnie drogi. Miałam być inżynierem, ze studiów na wydziale filologii polskiej zrezygnowałam właśnie za namową najbliższych. Praktycznie od samego początku, gdy uświadomiłam sobie, co tak naprawdę chcę w życiu robić, musiałam udowadniać całemu światu, że to ma sens. Że w końcu dopnę swego i będą mogli sięgnąć po moją książkę tak jak po miliony innych.

To nie tak, że nie miałam wątpliwości. Nie raz uświadamiałam sobie jak słabo wygląda mój warsztat, że z talentem u mnie również nie jest zbyt różowo. Najpierw sprawdzałam się jako blogerka (na długo przed tym, jak zaczęło to być modne), później dołączyłam do grupy literackiej i jakoś to wszystko zaczęło się toczyć. Dopiero gdy moje teksty zdobyły pierwsze nagrody, otoczenie zmieniło podejście do mojej pasji. Zauważyli światełko w tuneli, zobaczyli efekty mojej ciężkiej pracy. Wtedy rozkwitłam. Zatonęłam w książkach, w pisaniu, pochłonęły mnie nowe przyjaźnie. Stałam się zupełnie nowym człowiekiem. A później wszystko prysło jak bańka mydlana. Skończyła się sielanka, a zaczęła samotna droga pod górę. Czasami żałuję, że tak się sprawy potoczyły, ale wydaje mi się, że prędzej czy później i tak nasze drogi by się rozeszły. Zostali nieliczni, niestety już nie przyjaciele, a po prostu znajomi. Tymczasem ja resztkami sił osiągnęłam parę sukcesów. Wydałam tomik poezji, wzięłam udział w wieczorku poetyckim, nadal dużo pisałam – choć przeważnie wiersze.

A później zaczęło się normalne życie. Praca, wynajmowanie mieszkania, dzielenie życia z drugą osobą i nagle pasje zostały zepchnięte na boczny tor, czasami miałam wrażenie, że runęły w przepaść. Dlaczego do tego doszło? Bo zamiast zakasać rękawy i wziąć się do roboty, miałam miliony wymówek. Czy byłam szczęśliwa? Tak, ponieważ – i tu chciałabym podkreślić, iż jest to nadal aktualne – największym szczęściem jest rodzina, a w tej kwestii jestem ogromną szczęściarą. Zabrakło jednak sił do walki. Bywały chwile, że próbowałam o siebie zawalczyć, wracałam do pisania i znowu odpuszczałam. Dokończyłam „Szmaragdowego Węża”, wydałam kilka ebooków, czasem coś czytałam. I tak mijał dzień za dniem, tydzień za tygodniem. Aż w końcu postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i doprowadziłam wydanie „Szmaragdowego Węża” do końca. Założyłam z mężem oficynę wydawniczą, znalazłam grafika, drukarnię… Udało się. W czerwcu tego roku mogłam już trzymać w swoich dłoniach egzemplarz wymarzonej książki. Idąc za ciosem, staram się ze wszystkich sił wrócić do dawnej siebie.

Jest trudniej niż kiedyś, bo czasu wcale nie mam więcej. Macierzyństwo to praca na kilka etatów, każdy dzień jest nieprzewidywalny, plus jest taki, że na pewno nie wpadnę w rutynę. Nagle na głowę spadły mi nowe obowiązki, z którymi uczę się sobie radzić. I daję radę. Wiem, że nie poddam się bez walki.

Po pokonaniu tej długiej drogi do zostania pisarką nagle w moje ręce wpadła nowa powieść Murakamiego. To mój zdecydowanie ulubiony pisarz. W końcu zaczęłam czytać i… po raz pierwszy nie wiem, czy chcę być pisarką. Paradoksalnie odnajduję się we wszystkich jego słowach, on uporządkował myśli, które błądziły także w mojej głowie. Dlaczego zatem pojawiły się wątpliwości? Dlaczego teraz, kiedy wreszcie spełniam swoje marzenia? Bycie pisarzem to trudna praca. Łączenie jej z pracą zawodową wymaga dużej elastyczności (oczywiście jeśli chce się publikować regularnie). Dodając do tego to, co jest dla mnie najważniejsze, a więc rodzinę, wychowanie dziecka, mamy już dni wypełnione do granic możliwości. A ja dorzucam do tego jeszcze oficynkę – wydawanie cudzych książek, wydawanie czasopisma, pomaganie początkującym pisarzom w realizacji ich marzeń. Zrozumiałam, że to bardzo wiele jak na jedną osobę. Boję się, że nie udźwignę takiego ciężaru, a nie chcę robić niczego na pół gwizdka. Nie chcę rezygnować z rodziny, nie mogę zrezygnować z zawodowej pracy. Co więc zostaje? Wybór między zawodem pisarza a prowadzeniem oficynki wydawniczej? Jestem swoim wydawcą, więc nagle się okazuje, że nie mam żadnego wyboru.

Wiem, że chcę pisać, chcę dzielić się tym, co noszę w sobie, ale Murakami uświadomił mi, że zawód pisarza nie ogranicza się do mówienia „Jestem pisarzem”. To praca na pełen etat, to systematyczność. Jestem na siebie zła, że tak późno to do mnie dotarło. Zdaję sobie sprawę, że mam sporo zaległości, że muszę się jeszcze wiele nauczyć. Straciłam już dużo czasu na kręcenie się w kółko. Czas na podjęcie chyba najważniejszej decyzji w życiu – którą drogą iść?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s